.:Morven:. Sami się domyślcie, kim ona dla mnie jest ;P
Blogi przyjaciół:
.:Szafiareczka:. blog ze stylizacjami; pracuję tu jako fotograf :)
.:Amad3us:. Kolejny kolega z pracy. Nie podejrzewałem go o prowadzenie bloga ;-)
.:tmarc:. Kolega z pracy. Dzielimy zainteresowania używkami (tytoń, alkohole, gry na PS2 ;-) )
.:mlf:. Koleżanka z pracy. Blog oszczędny emocjonalnie; głównie ciekawostki dla geeków ;-)
.:DanFalleh:. Pokręcony blog pokręconego człowieka. Jeden z najbliższych mi na świecie ludzi.
.:Luteczek:. Blog mojego najlepszego kumpla z liceum. Beginning.
Tfurczość
.:zdjęcia:. Zdjęcia moje.
.:deviantART:. Galeria moich najlepszych zdjęć.
Odwiedzam:
.:GitS:. Bardzo piękny i bardzo smutny blog. Ktoś się o nim wyraził "mroczny", mimo że jest cały w bieli...
.:Sanguine:. Blog znajomej wampirzycy i sadomasochistki. Dla ludzi o mocnych nerwach.
.:Nemesister:. Sami zobaczcie...
.:Nevlien:. Przemiła gotka z Gdańska. Ostatnio pomieszkuje w Warszawie.
.:Alex:. M. Alexander - (chyba) got, lubi odjechaną muzykę, studiuje anglistykę.
muzyczne
.:Shannon:. Folk celtycki z domieszką punka, bluesa, jazzu, reggae i kilku innych gatunków :)
.:Juno Reactor:. Techno, ale jakie! Polecam utwór Conga Fury (Animatrix Edit).
.:Type O Negative:. Mrrrroczny zespół z USA. Ich "October Rust" jest moją płytą wszechczasów. Poważnie.
.:Nine Inch Nails:. Trent Reznor stworzył coś jedynego w swoim rodzaju: "Pretty Hate Machine".
.:Tapping the Vein:. Strona domowa zespołu Tapping the Vein z Philadelphii.
.:Ulver:. Zaczynali od black metalu. Teraz grają... muzykę :) Polecam "Perdition City". Sam miód.
Dawno nie pisałem. I tym razem nie dlatego, że nic się nie działo. Bo działo się, oj, działo.
- Przepały zawodowe. Założyłem firmę (pisałem wcześniej), robiłem zlecenia, pracowałem na firmę. Niejakie MEGA Communications wisi mi wciąż ostatnią fakturę na dobre kilka tysięcy netto (nie róbcie interesów z Katarzyną Tylek). Od stycznia pracowałem w Agorze, ale w lipcu okazało się, że Murzyn zrobił swoje. Więc Murzyn znalazł sobie pracę w Samsungu, w warszawskim R&D Center. Oprogramowuję telewizory. Mam szczerą nadzieję tym razem utrzymać się nieco dłużej w tej firmie ;)
- Kwestie mocno osobiste. Totalna zmiana w życiu. Już nie mieszkamy we troje - Kot, Magda i ja. Pojawił się ktoś czwarty. Marianna przyszła na świat wspólnym wysiłkiem własnym i Magdy 11 czerwca 2011, o 8:40 rano. W związku z tym ostro nie dosypiam ;] Dziecko obecnie ma już 3 miesiące i z dnia na dzień jest coraz fajniejsza; mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma ;)
- Hobby. W powiązaniu z poprzednim punktem, hobby chwilowo umarło. Co jest ciekawe, bo spodziewałem się, że z narodzinami dziecka zyskam stały temat do fotografowania. Chwilowo jednak przestawiłem się na przeżywanie życia, zamiast być jego niezbyt czynnym obserwatorem - a tak się właśnie zachowuję, fotografując. Z drugiej strony, przeżywanie życia ogranicza się do aktywności okołodzieciowych, więc aikido też leży i kwiczy. Nie mówiąc już o tym, że Wiedźmina 2 ledwo zacząłem i nie skończyłem.
- Życie towarzyskie. Jak łatwo się domyśleć, też jest w nienajlepszej kondycji ;] Kursuję na odcinku dom-praca-dom. Jak wpadnie do nas ktoś obejrzeć dziecko, no to mam spotkanie towarzyskie. Ostatnio na imprezie byłem w ramach pięciodniowego szkolenia wstępnego w Samsungu, i to wyłącznie dlatego, że pojawił się tam management koreański, więc nie wypadało nie pójść. A i tak się zerwałem już o 20:00. Mam odruch wracania do dziecka - w tygodniu mało się z nią widuję, a weekendy są takie krótkie... Z trzeciej strony, zaniedbałem też najbliższą rodzinę (w rozumieniu: rodzice i siostra). Nie odwiedzam ich, bo z maleńkim dzieckiem nie będę jeździł po kraju; ale dlaczego do nich tak rzadko dzwonię, to w sumie już nie wiem. Mógłbym powiedzieć, że nie mam czasu, bo dziecko; ale nie wiem, czy to jest do końca prawda. Możliwe, że własne życie rodzinne zaspokaja wszystkie moje potrzeby społeczne...
I cóż, tak się to wszystko kręci. Nie spodziewajcie się w najbliższym czasie kolejnych wpisów na tym blogu; ale kasować też go nie zamierzam ;>
Od kilku dni media żyją kwestią dopingu na boiskach piłkarskich. Omawiane są szczegóły burd stadionowych, najaktywniejsi chuligani stadionowi występują w relacjach niemalże w funkcji celebrytów, premier ciska gromy i marszczy brwi, a rząd zamyka stadiony dla kibiców.
Mnie uderzyła w tym wszystkim jedna rzecz. "Ultrasi" nazywają zwykłych kibiców "piknikami". Przyjdzie sobie rodzina z dziećmi na mecz, to ich wyrzucą z "ultrasowej" trybuny, przy okazji opluwając. Bo to nie miejsce dla "pikników". I tego właśnie nie łapię. Mecz to impreza rozrywkowa, tak samo, jak piknik. Ale "ultrasi" zrobili z tego obowiązek patriotyczny. Za swoją drużynę się walczy i ginie. Drużynę swoją wspiera się duszą swoją całą. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. I tak dalej, takie tam. Kolejny odcinek martyrologii narodu polskiego, myślałby kto. A to przecież tylko mecz, impreza sportowa, ludzie! IMPREZA! Nie obowiązek, nie powinność, nie patriotyzm! Rozrywka, piknik właśnie! Z kiełbaskami chodzą i sprzedają! No, ale weź spróbuj wejść z żoną i z dzieckiem i jeszcze zająć miejsce na trybunie, skąd jest najlepszy widok; niestety, to trybuna "ultrasów", tu "piknikom" wstęp wzbroniony. Bo tu się Walczy O Wielką Sprawę.
Zamykanie stadionów może nie jest specjalnie sensownym rozwiązaniem, ale uderza kluby po kieszeni, a to kluby muszą w pierwszej kolejności zerwać współpracę z "ultrasami" i zwrócić się do "pikników". Dlatego rząd ma moje poparcie. Róbmy pikniki na meczach. Od tego one przecież tak naprawdę są.
Ostatnio mieliśmy falę upałów w kraju. Ludzie chodzili po ulicach półnago, kryli się w cieniu. Plaże i odkryte baseny przeżywały istne oblężenie. Napoje chłodzące sprzedawały się w hektolitrach. W związku z trendem, różne sklepy postanowiły zarobić i porobiły sobie promocje. Zwykle promocja polega na tym, że korzystając ze zwiększonego popytu, kupuje się większą ilość towaru (dzięki czemu w hurcie jest niższa cena) i można produkt zaoferować taniej. Ponieważ mamy większy popyt, rzecz się powinna sprzedać. A przynajmniej tak wyobrażałbym sobie działane uczciwej promocji. Nie przeglądałem dokładnie ofert różnych sklepów; w oczy rzuciła mi się tylko oferta hipermarketu Tesco przy Górczewskiej (zdjęcie). Dla osób, które nadal nie rozumieją (lub nie wierzą w to, co widzą), dwulitrowa butelka napoju Coca-Cola została wyceniona na jedyne 8,99zł (praktycznie 9zł). Jeśli jakiś szaleniec zechciałby kupić dwie, zapłaci "tylko" 13,48zł - po 6,74zł za sztukę. Jest to o tyle ciekawe, że w małym sklepiku na moim osiedlu identyczna, dwulitrowa butelka coli kosztuje 5,60zł (11,20zł za dwie - nadal taniej niż w Tesco!). I to nie jakiejś HoopColi czy innej podróby. Oryginalnego produktu, wyrobu koncernu Coca-Cola. Wychodzi, że Tesco postanowiło zarobić na ludzkiej głupocie lub zmęczeniu upałami - sam o mało co nie złapałem dwóch butelek, ciesząc się na dodatek, że oszczędzę...
Przy okazji, czy to się przypadkiem nie nadaje do zgłoszenia do rzecznika praw konsumenta/UOKiK'u?
Jestem programistą. Jestem architektem IT. Mogę też pracować jako szef zespołu, tester aplikacji internetowych, manager QA, admin, project manager. Nie boję się pracy, lubię zarabiać na siebie - nie mam wtedy skrupułów w wydawaniu pieniędzy, bo wiem, że na nie sam zapracowałem. I co z tego, kiedy nikt mnie nie chce zatrudnić, jeśli nie mam działalności gospodarczej. Ponoć na fakturę najłatwiej się rozliczać.
No dobra. To zakładam firmę. Podobno można dostać kilkanaście tysięcy dofinansowania z Urzędu Pracy na rozkręcenie działaności. Fantastycznie, kupię sobie laptopa i może nowy obiektyw?... A gdzie tam. Trzeba się zarejestrować jako bezrobotny, nie wolno pracować. Potem trzeba złożyć wniosek o dofinansowanie (wciąż jako bezrobotny na zasiłku) i modlić się, żeby przeszedł. Firmę można założyć dopiero, jak przejdzie. A ponieważ po Nowym Roku mają się zmienić formularze do wniosków, będzie można je składać prawdopodobnie od początku marca. O, pardon, JUŻ od początku marca. ...ludzie, ja nie mam czasu na te brednie! OK, kładziemy laskę na pieniądzach (buuu), rejestrujemy firmę. Słynne jedno okienko. No w sumie byłem tylko w urzędzie dzielnicy, oni sami wysłali kopie do ZUSu, skarbówki i Urzędu Statystycznego. Tydzień później dostałem już dwie pierwsze reklamy do skrzynki pocztowej, adresowane na nieistniejącą jeszcze firmę. Słodko. Pojechałem do urzędu dzielnicy, odebrałem zaświadczenie o prowadzeniu działalności, pojechałem do ZUSu. Tam dowiedziałem się, że powinienem był czekać, aż ZUS w łaskawości swej mnie wezwie. "No, ale skoro już Pan przyjechał... Momencik, sprawdzę, czy Pana dane już są... No są... No dobrze, to niech Pan wypełni ten formularz w dwóch kopiach..." Uff. Z głowy. Teraz znaleźć księgowość, bo sam nie podejmuję się sobie utrzymywać ksiąg. Pierwsze biuro, polecone mi przez kolegę, proponuje mi (po znajomości, a jakże) cenę 250zł za miesiąc, do 20 faktur. Przypadkiem zauważam, że jedna z reklam, które mi przyszły do skrzynki, to reklama biura księgowego, ceny od 99zł netto za miesiąc. Jadę, rozmawiam. Po podpisaniu tysiąca upoważnień i deklaracji oraz zapłaceniu jakichś 200zł w opłatach skarbowych mam księgowość. Nawet do skarbówki za mnie pojadą, super. Uff, to może się bym wziął teraz do pracy? A gdzież tam. Trzeba jeszcze założyć i zgłosić konto firmowe. OK, idę do mBanku. "Nie, proszę pana, bez REGONu nie zakładamy." "Ale proszę państwa, ING zakładają." "Eeee... no cóż..." Wkurw. Potem na chłodno obliczam obowiązkowe terminy przekazania danych z urzędu do urzędu i wychodzi mi, że ja REGON już mam, muszę go tylko odebrać. OK, może jakoś zdążę... Ale najlepsze i tak jeszcze przed nami.
Otóż właśnie się okazuje, że zarejestrowałem działalność w lokalu, gdzie nie miałem prawa jej zarejestrować. Mieszkam w TBS, mieszkanie jest prawie jak moje, choć formalnie to jest wynajem. No i teraz to dopiero mam problem. Bo działalność ja BĘDĘ prowadził z domu. Nie zamierzam wynajmować biura (choć może to byłby najlepszy pomysł). W efekcie muszę kombinować. Może przerejestruję działalność do moich rodziców, poza Warszawę? Ale podatki będę musiał też tam płacić... Mam kumpla, który posiada mieszkanie w mojej dzielnicy. Mogę spróbować podpisać z nim umowę najmu i płacić mu jakieś symboliczne grosze za użyczenie adresu. Ale co będzie, jeśli wpadnie kontrola? Przecież oni przyjadą do miejsca, gdzie jest wykonywana działalność...
I to się nazywa ułatwianie przedsiębiorcom życia. Państwo polskie chyba nie jest gotowe na nowoczesny model pracy z domu, na młodych, mobilnych ludzi, którzy się jeszcze dorabiają, więc nie mają własnego lokalu. A może to tylko ja tak marudzę, a naprawdę jestem nieudacznikiem?...
Robienie zdjęć to cholernie trudna sprawa. I to na kilku płaszczyznach. Najpierw musi coś zatrybić w głowie fotografa. To tam się wszystko zaczyna, bez pomysłu nic fajnego nie wyjdzie. To może być efekt długich i głębokich przemyśleń, a równie dobrze może być to przebłysk, który pojawia się w mgnieniu oka. Kolejny warunek jest taki, że fotograf, mając pomysł, musi mieć przy sobie jakiś sprzęt. W obecnych czasach, kiedy w telefonach komórkowych potrafią być już pięcio-i-więcej-megapikselowe aparaty, to nie jest szczególny problem. Albowiem, nie oszukujmy się, dobre zdjęcie można zrobić czymkolwiek, sam sprzęt to kwestia stosunkowo marginalna. Liczy się pomysł oraz sprawność obsługi posiadanego sprzętu, jaki by on nie był, w celu jak najlepszej owego pomysłu realizacji. I tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy. Większość znanych mi fotografów-amatorów strasznie bardzo przejmuje się tą właśnie najmniej istotną częścią - jakością sprzętu. Mało kto tak naprawdę myśli o rzeczach ważnych, czyli o tym, żeby umieć patrzeć na świat i umieć swój sposób patrzenia na świat pokazać na swoich zdjęciach, w taki sposób, żeby inni ludzie poczuli to, co czujesz Ty, gdy chodzisz ulicami...
Robienie zdjęć to cholernie trudna sprawa.

