Kibole na piknik


Od kilku dni media żyją kwestią dopingu na boiskach piłkarskich. Omawiane są szczegóły burd stadionowych, najaktywniejsi chuligani stadionowi występują w relacjach niemalże w funkcji celebrytów, premier ciska gromy i marszczy brwi, a rząd zamyka stadiony dla kibiców.

Mnie uderzyła w tym wszystkim jedna rzecz. "Ultrasi" nazywają zwykłych kibiców "piknikami". Przyjdzie sobie rodzina z dziećmi na mecz, to ich wyrzucą z "ultrasowej" trybuny, przy okazji opluwając. Bo to nie miejsce dla "pikników". I tego właśnie nie łapię. Mecz to impreza rozrywkowa, tak samo, jak piknik. Ale "ultrasi" zrobili z tego obowiązek patriotyczny. Za swoją drużynę się walczy i ginie. Drużynę swoją wspiera się duszą swoją całą. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. I tak dalej, takie tam. Kolejny odcinek martyrologii narodu polskiego, myślałby kto. A to przecież tylko mecz, impreza sportowa, ludzie! IMPREZA! Nie obowiązek, nie powinność, nie patriotyzm! Rozrywka, piknik właśnie! Z kiełbaskami chodzą i sprzedają! No, ale weź spróbuj wejść z żoną i z dzieckiem i jeszcze zająć miejsce na trybunie, skąd jest najlepszy widok; niestety, to trybuna "ultrasów", tu "piknikom" wstęp wzbroniony. Bo tu się Walczy O Wielką Sprawę.

Zamykanie stadionów może nie jest specjalnie sensownym rozwiązaniem, ale uderza kluby po kieszeni, a to kluby muszą w pierwszej kolejności zerwać współpracę z "ultrasami" i zwrócić się do "pikników". Dlatego rząd ma moje poparcie. Róbmy pikniki na meczach. Od tego one przecież tak naprawdę są.



wpisał arim, 2011-05-13 11:27:32
.:skomentuj:. (4)