Jestem programistą. Jestem architektem IT. Mogę też pracować jako szef zespołu, tester aplikacji internetowych, manager QA, admin, project manager. Nie boję się pracy, lubię zarabiać na siebie - nie mam wtedy skrupułów w wydawaniu pieniędzy, bo wiem, że na nie sam zapracowałem. I co z tego, kiedy nikt mnie nie chce zatrudnić, jeśli nie mam działalności gospodarczej. Ponoć na fakturę najłatwiej się rozliczać.
No dobra. To zakładam firmę. Podobno można dostać kilkanaście tysięcy dofinansowania z Urzędu Pracy na rozkręcenie działaności. Fantastycznie, kupię sobie laptopa i może nowy obiektyw?... A gdzie tam. Trzeba się zarejestrować jako bezrobotny, nie wolno pracować. Potem trzeba złożyć wniosek o dofinansowanie (wciąż jako bezrobotny na zasiłku) i modlić się, żeby przeszedł. Firmę można założyć dopiero, jak przejdzie. A ponieważ po Nowym Roku mają się zmienić formularze do wniosków, będzie można je składać prawdopodobnie od początku marca. O, pardon, JUŻ od początku marca. ...ludzie, ja nie mam czasu na te brednie! OK, kładziemy laskę na pieniądzach (buuu), rejestrujemy firmę. Słynne jedno okienko. No w sumie byłem tylko w urzędzie dzielnicy, oni sami wysłali kopie do ZUSu, skarbówki i Urzędu Statystycznego. Tydzień później dostałem już dwie pierwsze reklamy do skrzynki pocztowej, adresowane na nieistniejącą jeszcze firmę. Słodko. Pojechałem do urzędu dzielnicy, odebrałem zaświadczenie o prowadzeniu działalności, pojechałem do ZUSu. Tam dowiedziałem się, że powinienem był czekać, aż ZUS w łaskawości swej mnie wezwie. "No, ale skoro już Pan przyjechał... Momencik, sprawdzę, czy Pana dane już są... No są... No dobrze, to niech Pan wypełni ten formularz w dwóch kopiach..." Uff. Z głowy. Teraz znaleźć księgowość, bo sam nie podejmuję się sobie utrzymywać ksiąg. Pierwsze biuro, polecone mi przez kolegę, proponuje mi (po znajomości, a jakże) cenę 250zł za miesiąc, do 20 faktur. Przypadkiem zauważam, że jedna z reklam, które mi przyszły do skrzynki, to reklama biura księgowego, ceny od 99zł netto za miesiąc. Jadę, rozmawiam. Po podpisaniu tysiąca upoważnień i deklaracji oraz zapłaceniu jakichś 200zł w opłatach skarbowych mam księgowość. Nawet do skarbówki za mnie pojadą, super. Uff, to może się bym wziął teraz do pracy? A gdzież tam. Trzeba jeszcze założyć i zgłosić konto firmowe. OK, idę do mBanku. "Nie, proszę pana, bez REGONu nie zakładamy." "Ale proszę państwa, ING zakładają." "Eeee... no cóż..." Wkurw. Potem na chłodno obliczam obowiązkowe terminy przekazania danych z urzędu do urzędu i wychodzi mi, że ja REGON już mam, muszę go tylko odebrać. OK, może jakoś zdążę... Ale najlepsze i tak jeszcze przed nami.
Otóż właśnie się okazuje, że zarejestrowałem działalność w lokalu, gdzie nie miałem prawa jej zarejestrować. Mieszkam w TBS, mieszkanie jest prawie jak moje, choć formalnie to jest wynajem. No i teraz to dopiero mam problem. Bo działalność ja BĘDĘ prowadził z domu. Nie zamierzam wynajmować biura (choć może to byłby najlepszy pomysł). W efekcie muszę kombinować. Może przerejestruję działalność do moich rodziców, poza Warszawę? Ale podatki będę musiał też tam płacić... Mam kumpla, który posiada mieszkanie w mojej dzielnicy. Mogę spróbować podpisać z nim umowę najmu i płacić mu jakieś symboliczne grosze za użyczenie adresu. Ale co będzie, jeśli wpadnie kontrola? Przecież oni przyjadą do miejsca, gdzie jest wykonywana działalność...
I to się nazywa ułatwianie przedsiębiorcom życia. Państwo polskie chyba nie jest gotowe na nowoczesny model pracy z domu, na młodych, mobilnych ludzi, którzy się jeszcze dorabiają, więc nie mają własnego lokalu. A może to tylko ja tak marudzę, a naprawdę jestem nieudacznikiem?...

